środa, 28 stycznia 2015

Dziesiąta stacja - cierpliwość

Nie jestem cierpliwa. Przysłowiowy szlag trafia mnie po drugiej nieudanej próbie, po trzeciej minucie czekania i po kwadransie oglądania meczu jak nie ma bramki. Ale w pewnej dziedzinie wykazuję wręcz anielską cierpliwość: w oczekiwaniu na powrót. Nie chodzi oczywiście o powrót do domu, powrót syna marnotrawnego czy powrót taty. Ja czekam aż do ludzi wróci to co mi zrobili. I to trochę tak mnie trzyma przy życiu, bo gdybym na to nie czekała, to sama musiałabym iść i wymierzać sprawiedliwość.
Odkryłam, że ludzie, którzy robią innym krzywdę (krzywda jest tutaj bardzo szerokim pojęciem - od drobnych złośliwości do przewinień najcięższego kalibru) są bardzo aroganccy, zadufani w sobie... I przez to nie widzą jak sami sobie wymierzają tą sprawiedliwość. A ja stoję wtedy z boku i uśmiecham się pod nosem, bo już wiem co będzie dalej. Złośliwość? Być może. Ale ja swoich krzywd nie zapominam (zresztą mało rzeczy zapominam...) i wiem, że kiedy sprawiedliwość sobie o mnie przypomni. A ja wtedy będę stać obok i na to patrzeć.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Ósma stacja - nowa droga.

Ciężko zmieniać przyzwyczajenia. Ciężko nauczyć się czegoś nowego, co do tej pory kłóciło się z posiadanym światopoglądem. No ale od początku...
Wszelki kontakty z Sylwią (o której pisałam tutaj) kończą się zazwyczaj pozytywnym nakręceniem. Tym razem Sylwia postanowiła namówić mnie na przeczytanie dwóch książek: "Sekret" Rhondy Byrne i "Potęgę podświadomości" Josepha Murphy'ego. Na początku rozmowy podeszłam do tego dość sceptycznie (zresztą po 23:00 do większości rzeczy podchodzę dość sceptycznie)... Ale z każdą minutą coraz bardziej zaczęło mnie to intrygować. Poszukiwania w domowym zbiorze zaowocowały wykopaniem niemalże z dna biblioteczki "Potęgi podświadomości". Zaczęłam czytać i w sumie nie mogłam uwierzyć w to co czytam. No bo jak to? To takie proste? I w sumie to by tłumaczyło dlaczego mi tyle rzeczy nie wychodzi, przy moim podejściu "spróbuję, ale pewnie i tak nic z tego nie będzie". Jako człowiek z nurtu "niewiernego Tomasza", czyli dotknę a uwierzę, postanowiłam zrobić test. Przeprowadziłam niemalże naukowy test na drobnej sprawie i... zadziałało! No to z większym zapałem rzuciłam się na książki. Po pewnym czasie zauważyłam gdzie jednak będę mieć problem. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to to, że muszę zmienić swój sposób myślenia o 180 stopni. Ciężko, ale jak nad sobą popracuję to do zrobienia. A potem mnie oświeciło, że żeby nad sobą popracować muszę się nauczyć... wierzyć. No to już trudniejszy temat do ogarnięcia. Jak nagle nauczyć się wierzyć? Czy jest do tego jakiś podręcznik? Skrypt? A może jakieś kody? Zatem czeka mnie podwójna praca. Ale nie boję się tego. I wiem, że wyjdzie. Jak nie dziś, to jutro. Jak nie jutro, to za tydzień. Ale wyjdzie. I już.

czwartek, 31 lipca 2014

Urlop!

I wyprawa do Szwecji za mną. Miałam przed nią pewne obawy, bo ostatni raz na promie byłam z X lata temu i nie wspominam tego najlepiej ale miałam nadzieję, że jednak Bałtyk okaże się łaskawszy od Kanału La Manche.Trzy dość intensywne dni, pełne łażenia, zwiedzania i gotowania się w skandynawskim słońcu naładowało moje akumulatory.
Teraz można się już szykować na wyprawę do Londynu. I czekać na kolejną szaloną promocje w Stena Line (domis, czas włączyć wyszukiwanie!). :)

Dobry humor zepsuł mi tylko fakt, że chamstwo się mnoży na tym świecie. Dlatego teraz i tu, głośno i wyraźnie oraz dobitnie mówię:

wtorek, 17 czerwca 2014

Siódma stacja - przyjemności

Jakiś czas temu pewna osoba uświadomiła mi, że przyjemności są potrzebne. Mój mózg nie za bardzo umiał to ogarnąć. Padło pytanie: co robię dla przyjemności? No gram na PS3 albo czytam. I wyszło, że to za mało, bo nie mam równowagi. No to teraz chyba znalazłam równowagę. Po kilku latach zrobiłam wielki powrót na rower (okupiony bólem wielu części ciała...)! Dwa kółka ewidentnie dają radość. I wymyśliłam sobie też idealne połączenie: rower i w słuchawkach audiobook.
A teraz przyjemności jest więcej, bo w telewizji mundial :)

czwartek, 13 marca 2014

Szósta stacja - inspiracje

Obiecałam nową notkę i domis przybiegła mi o tym przypomnieć :)
Pod słowem "inspiracje" rozumiem dwie osoby. O jednej już kiedyś pisałam. Jego koncerty dają mi takiego powera, że aż sama siebie muszę hamować.
Drugą osobą jest Sylwia, zwana powszechnie Mopem :) Sylwia odkąd ją znam systematycznie wspina się w mojej prywatnej hierarchii na miejsce "duchowego przywódcy". Pamiętam jak kilka lat temu z przerażeniem słuchałam jej słów "wszystko da się zrobić, trzeba tylko pokombinować i popracować". Mój mózg nie był w stanie tego zrozumieć, bo paraliżowała go myśl "nie dam rady". Przyznaję, że były momenty kiedy miałam ochotę jej powiedzieć, że (kulturalnie rzecz ujmując" "gada głupoty, bo tego się po prostu nie da zrobić". Teraz widzę, że miała racje. Że słowo "niemożliwe" nas ogranicza. Że nie chodzi o to, żeby wszystko zrobić, ale próbować i się nie poddawać.
Mop, wredoto jedna, dzięki!

czwartek, 9 stycznia 2014

Piąta stacja - postanowienia

Nowy rok przybiegł, wytarł buty na wycieraczce, zapukał, wszedł i już się rozgościł :) A razem z nim ruszyła lawina wszelkich postanowień i z tej okazji naszły mnie różne przemyślenia.
Co sprzyja jakimkolwiek postanowieniom? Poniedziałek, pierwszy dzień miesiąca, nowy rok... czyli początek. Nowy początek nowego życia. A jak wypadnie pierwszy dzień nowego rok w poniedziałek to już combo :) Dla mnie akurat nad takimi datami ciąży klątwa i wszelkie próby zaczęcia czegoś w takie dni kończą się niepowodzeniem. O wiele łatwiej mi z postanowieniami we wtorki czy czwartki, w środku kwietnia. No dobra, koloryzuje. Generalnie nie wychodzą mi zbytnio postanowienia. Nie lubię tego stwierdzenia: "od jutra robię to i to, a przestaję tamto". Wszystkie moje działania są podyktowane tym, że nagle się na coś decyduje i to robię. Tak było np. z bieganiem. Któregoś dnia założyłam dres, bluzę i pobiegłam.
Wydaje mi się, że takie spontaniczne działania są o wiele lepsze od postanowień. Dla mnie takiego postanowienie jest ograniczające i od razu czuję się zestresowana bo coś sobie postanowiłam. Jeżeli podejmuję decyzję pod wpływem chwili daje mi to więcej przyjemności (no oczywiście oprócz biegania :) ).
Książka ochrypła od wołania, ale w końcu się zlitowałam i do niej zasiadłam.
Poukładałam książki na półkach w porządku alfabetycznym i zrobiłam sobie w komputerze ich spis. Zastanawiam się czy to już zahacza o jakąś paranoję, czy to tylko małe zboczenie... Czymkolwiek by to nie było dobrze mi z tym :)

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Czwarta stacja - doba.

Doba jak powszechnie wiadomo ma 24 godziny i ani sekundy dłużej. Ale jak również powszechnie wiadomo, dla każdego ilość tych godzin ma inny wydźwięk. Dla mnie na przykład czasami mkną z prędkością światła i nim się obejrzę już leżę twarzą w poduszce. Moje ostatnie poczucie niedoczasu jest przerażające. Mam wrażenie, że wszystko leży odłogiem, a ja się miotam między zaległościami w pracy i własnymi projektami. Liczę, że od dzisiaj uda mi się to w końcu ogarnąć, bo zawodowo chyba już wychodzę na prostą i realizuję bieżące sprawy. Ale własne projekty leżą i wołają o pomstę do nieba... Bieganie zarzuciłam, bo po pierwsze naprawdę czuję się fizycznie zmęczona (tak, wiem, wymówka), a po drugie przy moim zdrowiu po bieganiu w taką pogodę przeziębienie mam gwarantowane (a na chorobę to ja już zupełnie nie mam czasu). Książka woła mnie, a wręcz się na mnie drze, a ja podchodzę do niej jak pies do jeża. Książki motywujące leżą i się kurzą (jeśli można tak o e-bookach powiedzieć...), bo mnie intelektualnie stać tylko na czytanie "Władcy Pierścieni" (po raz enty). A skoro już łączę w jednej notce kwestie doby i WP to na koniec Gandalf: "Wszystko co nam zostało, to zdecydować co zrobić z czasem, który został nam dany". Wobec tego skoro nie uda mi się wydłużyć doby, to ewidentnie trzeba zacisnąć zęby i przetrwać grudzień :)

piątek, 8 listopada 2013

Trzecia stacja - demotywacja.

Zła siostra motywacji - demotywacja. Jakby się nie starać, jak nie kombinować raz na jakiś czas się pojawi. No i co wtedy?
Ostatnio mnie ta paskuda dopadła. Dobiło mnie to, że można się obijać w pracy, kombinować, a i tak nikt tego nie widzi. Albo widzi tylko nic z tym nie robi. To po kij się starać? Mogę też się pobawić w cwaniaka. Ale chwilę pomyślała i doszłam do wniosku, że takie kombinowanie świadczy o beznadziejności człowieka. O wiele bardziej wolę pozasuwać i nawet nie usłyszeć słowa pochwały (no dobra, przesadzam... raz na jakiś czas nawet ja lubię pochwały, byle nie przesadzone!) niż grzać tyłek.
Czyli jak pozbyć się tego ustrojstwa? Przypomnieć sobie po co robimy to co robimy. Jeżeli mam  już dość biegania (a mam odkąd pierwszy raz wyszłam pobiegać) to wizualizuję sobie powód dlaczego to robię. Jeśli to co robię jest trudne i kilka osób już nie dało rady tego zrobić, myślę sobie "to mój kolejny szczebel w drabinie do tego, żeby być jeszcze lepsza".
Tak sobie myślę, że chyba udało mi się wyrzucić lenia z domu (odpukać!). I wbrew pozorom nie było to takie trudne. Czasami tylko organizm daje znać, że potrzebuje odpoczynku. Ale następnego dnia znowu mogę pokonywać kolejne granice.
A na koniec z dedykacją dla domis "Jeśli nie wiesz, co dalej, po prostu zrób następny, właściwy krok. Zwykle to nic wielkiego. Jak powiedział E.L. Doctorow, pisanie książki przypomina jazdę samochodem nocą. „Widzisz tylko ten fragment drogi, który oświetlają twoje światła, a mimo to dojeżdżasz w ten sposób do celu”." (Regina Brett, "Bóg nigdy nie mruga").

czwartek, 31 października 2013

Przerywnik I

Jakie życiowe cele zamierzasz zrealizować w najbliższej przyszłości?

Nie wiem jak zdefiniować najbliższą przyszłość... Ale jeżeli nie będę się czepiać konstrukcji pytania to:
- pisać książkę z domis (a wręcz ją NAPISAĆ)
- doprowadzić nasz oddział na szczyt
- pojechać na 5 koncertów, żeby mieć już 40 na koncie (ale w sumie realizacja tego celu nie zależy ode mnie... chyba, że te koncerty zorganizuję)
- zacząć systematycznie przebiegać 1,5km
- wyrzucić lenistwo z domu.

No to trzymać kciuki!

niedziela, 27 października 2013

Druga stacja - poznajmy się.

Kończy się weekend. Wyjątkowo trzydniowy. A wiadomo, że trzydniowy weekend oznacza koncert. Podliczyłam i wyszło mi, że to mój 34 koncert. Już 34 raz ruszyłam w Polskę za tym człowiekiem. Ale nadal daje mi to mega powera. Tym razem do tego powera dołączyła się również domis. Postanowiłyśmy zrobić coś o czym kilka osób wcześniej myślało, ale raczej nie na taką skalę. I żeby nie skończyło się na postanowieniu i nie było drogi odwrotu wyjawiłyśmy swój plan. Mamy błogosławieństwo i ruszamy do boju! Napiszemy tę książkę!!!
Kiedy ostatnio biegałam zaczęłam się wsłuchiwać bardziej w siebie. Starałam się zrozumieć jakie sygnały wysyła mi mój organizm. Czy to co teraz odczytuję jako "Weź już się zatrzymaj!" znaczy, że ja CHCĘ się zatrzymać czy MUSZĘ? Czy to mówi do mnie moje lenistwo czy faktycznie organizm się "przegrzewa". Bardzo trudno czasami przy codziennych czynnościach odróżnić motyw jaki nami kieruje. Czy kupujemy piątą parę spodni bo musimy mieć w naszej szafie ten model, czy dlatego, że trzy pary są już za duże/małe i podarte? Poznanie samego siebie jest bardzo ważne. I swoich ograniczeń. Głównie po to, żeby móc je eliminować. Albo znajdować inną drogę samorealizacji, w której te ograniczenia nas nie zatrzymają. Jadąc dzisiaj polskim busem z Wrocławia musiałam się poddać ze swoim postanowieniem i napić się coli. Ale miałam wcześniej długą rozkminę czy powinnam to zrobić. Z jednej strony, bardzo chciałam utrzymać stan, kiedy mój organizm nie dostaje coli (nic mnie tak nie uzależnia jak ten napój), z drugiej wiedziałam, że skoro aviomarin nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, a przede mną jeszcze kilka godzin jazdy muszę podjąć radykalne kroki, żebym nie musiała błagać kierowcy o stanięcie w szczerym polu. Pomimo tego, że rozsądek mówi, że dobrze zrobiłam, jestem w pewien sposób na siebie wściekła, że postanowienie padło. Bo równie dobrze mój własny organizm mógł mnie oszukać, że tak naprawdę jak nie MUSIAŁAM się napić coli, tylko CHCIAŁAM.
Od jutra zacznę robić ćwiczenia ze Świadomie do sukcesu. I oczywiście pisać. Dużo pracy, krótka doba. Co może być bardziej motywujące?

wtorek, 22 października 2013

Pierwsza stacja - start!

Tydzień wpadła mi w oko reklama suplementu diety (wiecie... zestaw witamin, minerałów, wzmacnia odporność etc). I pewnie nie zwróciłabym uwagi zbytnio na tę reklamę, gdybym nie usłyszała, że ów specyfik poprawia koncentrację, pamięć, dodaję energii. No to zapytałam wujka Google o dokładny skład tego i się dowiedziałam, że oprócz rzeczonych witamin i minerałów, posiada wyciągi z guarany, yerba mate i naturalną kofeiną. Mieszanka, która zapowiada się obiecująco. Nie żebym bardzo potrzebowała, bo ani na brak pamięci nie narzekam (wręcz przeciwnie...), ani na brak koncentracji. Ale pomyślałam sobie: może to dać mi powera żebym była jeszcze lepsza! No i zasiliłam fundusz apteczny, czego po tygodniu wcale nie żałuję. Dostałam jakiegoś takiego kopa, że nawet pewnego dnia poszłam biegać! W domu o bieganiu słyszę codziennie od jakiegoś czasu i w połączeniu z tym, że uważam ten sport za totalny bezsens moje przetruchtanie 200 metrów wprawiło mnie w mega zdumienie. Ale potem było lepiej. Nadal mnie to nie kręci, nie daje radości. Nadal uważam, że jest to nudny i bezsensowny sport. O wiele bardziej wolałabym pograć w siatkę albo nogę ale zdaję sobie sprawę, że moje "niedostosowanie społeczne" nie pozwoli mi na wbicie się do tłumu obcych osób z okrzykiem: "Siema, mogę z wami pokopać?". Dlatego, żeby nie marudzić, że nic nie robię, robię coś co ma dać jakiś rezultat ale wielkiej radości mi nie daje. Kiedy udało mi się przebiec 1,35km stwierdziłam, że muszę zacząć robić równolegle coś co będzie mi dawać tą radość. I doszłam do wniosku, że skoro próbuję wrócić do swojej dawnej kondycji, to trzeba też poćwiczyć mózg. Przekopałam kilka stron na temat ćwiczenia umysłu, zakupiłam książki, przygotowałam sobie solidny grunt do zaczęcia treningu. No i wypada zacząć. Czas zmienić mózg z polskiego intercity na TGV!
A blog jest taką asekuracją, że gdybym zaczęła się obijać, to ktoś może będzie go czytał i kopnie mnie w tyłek żebym się nie leniła :)
Pierwsze zadanie jakie sobie wyznaczam to nauka zapisywania moich myśli w czasie późnowieczornej zwyżki intelektualnej, a nie męczenie A. moimi zarysami wizji.